Ostatnio często, za często zbijam szklanki, kubki, butelki. Nie pijam nawet w miejscach publicznych, bo potem muszę płacić za rozbite szkło.
Nie wiem czemu się tak dzieje, przecież uważam, staram się. Niezdara ze mnie, to wiedzą wszyscy, zdarza się. Ale dlaczego przydarzyło się mi? Mama mówi, że miała podobnie, ale ona miała problem z innymi rzeczami...
Gdzieś tak na początku lat osiemdziesiątych, kiedy mama chodziła do liceum, tak mi mówiła, to zdarzało jej się nie raz, nie dwa, niespecjalnie, tylko przypadkiem potknąć w miejscu publicznym. Cały czas się potykała i upadała, nie na kogoś, nie na coś, na bruk, podłogę, na błoto. Wszyscy znali ją tylko dlatego, że się przewracała, przewracała się na okrągło. W szkole, w drodze do szkoły, po szkole, na koncercie, a nawet w kościele. Chyba wolę te szklanki, naprawdę!
I mama mi opowiadała, że to nie było tak, że o coś, że niby o sznurówkę, czy kamień, patyk wystający z ziemi, nie, ona się potykała na płaskiej powierzchni, nawet butów nie miała wiązanych, bo się bała, że te sznurówki jeszcze pogorszą sprawę.
I poznała tatę. A tata chodził z nią często za rękę i trzymał ją od upadków i nie dawał się potknąć.
Po tym jak mama zaszła w ciążę ze mną już w ogóle się nie potykała.
Myślicie, że ja też przestanę zbijać szklanki, kiedy tylko stracę dziewictwo?
24 października 2009
18 października 2009
Dziwnie wyszło. Nawet nie pamiętam jak się poznaliśmy, bo jak zwykle byłam kompletnie zalana. Może i dobrze, że nie pamiętam tego dnia, bo musiałam wygadywać straszne głupoty. Nigdy nie powiedział mi jak się wtedy zachowywałam, powiedział tylko, że podszedł do mnie, żeby porozmawiać o moich obrazach, bo chciał zrobić ze mną wywiad, ale kiedy spostrzegł, że humor mam zbyt dobry i opamiętał się, że już jest grubo po północy i tak naprawdę to tylko on jest trzeźwy w tym wyborowym towarzystwie inteligencji wrocławskiej ponoć zabawił mnie rozmową. Nie wiem o czym rozmawialiśmy, może nawet pieprzyliśmy się gdzieś w toalecie, dlatego potem zadzwonił. I wcale nie miał w zamiarze przeprowadzania ze mną wywiadu. Zapytał jak się dziś czuję, a ja nawet nie wiedziałam skąd ten mężczyzna ma mój numer telefonu, a kiedy powiedział, że sama mu wczoraj go dałam i przedstawił się jeszcze raz, a jego nazwisko nic mi nie powiedziało z mojej głupiej ciekawości umówiłam się z nim na herbatkę. Jak zwykle skończyło się na wódce.
Nie wiem jak długo spotykaliśmy się zanim go zaprosiłam do siebie. Dla mnie to on długo czekać nie musiał, ale on teraz nawet szepcze mi do ucha, że dla niego to wieczność cała. Nawet nie przestraszył się sztalug i farb w dużym pokoju stojących zamiast telewizora czy kominka, jak w normalnym, regularnym domu. Nie przestraszył się też tego, że mieszkam za miastem w domu po rodzicach, w całkiem małym i całkiem drewnianym domu. Zapytał tylko (ach te mieszczuchy!) czy na pewno mam internet, bo on nie da rady pracować bez. I wtedy chyba przestraszyłam się najbardziej, że on zamierza żyć tu gdzie ja, że zamierza być ze mną, że już nie będę ja i moje egoistyczne potrzeby, bo będziemy my i mniej egoistyczne wspólne życie. Przyzwyczaiłam się do swojej samotności i naprawdę nie było mi z nią źle.
Wszystko na szczęście było bardzo naturalne, najbardziej na świecie swobodnie czułam się właśnie przy nim.
Przestraszył się chyba tyko zastraszających ilości alkoholu w moim domu. No i butelek po winie stojących pod kanapą, na której zresztą najczęściej spałam, bo po winie i malowaniu zdecydowanie nie byłam w stanie dojść do sypialni, może gdybym się czołgała... Nie piłam przecież dużo, tylko to tak wyglądało.
Zaczęło wyglądać za bardzo, a kiedy kiedyś po jakimś obrazie (chyba tym jego portrecie...) pochorowałam się za bardzo, nie chciałam na niego patrzeć i najbardziej na świecie chciałam, żeby zostawił mnie w spokoju on się mną zajął i wtedy pierwszy raz powiedział mi że mnie kocha. Musiałam mieć przerażającą minę, bo zapytał czy źle zrobił, ze mi to powiedział. Teraz mi powtarza, ze bał się kiedy wstałam z kanapy i poszłam do barku, wyciągnęłam z niego trzy butelki wina, jedną butelkę wódki i johnny walkera. Ale ja tylko wszystko wylałam do wanny, żeby nigdy więcej nie wyciągnąć z byle powodu tego draństwa.
Gdyby nie on dawno wylądowałabym na odwyku, a może nawet by mnie już nie było. Uratował mnie i za to kocham go jeszcze bardziej.
teraz jestem w ciąży, a obrazy maluję bez alkoholu, nawet lepiej się sprzedają, spodziewałby się kto!
Nie wiem jak długo spotykaliśmy się zanim go zaprosiłam do siebie. Dla mnie to on długo czekać nie musiał, ale on teraz nawet szepcze mi do ucha, że dla niego to wieczność cała. Nawet nie przestraszył się sztalug i farb w dużym pokoju stojących zamiast telewizora czy kominka, jak w normalnym, regularnym domu. Nie przestraszył się też tego, że mieszkam za miastem w domu po rodzicach, w całkiem małym i całkiem drewnianym domu. Zapytał tylko (ach te mieszczuchy!) czy na pewno mam internet, bo on nie da rady pracować bez. I wtedy chyba przestraszyłam się najbardziej, że on zamierza żyć tu gdzie ja, że zamierza być ze mną, że już nie będę ja i moje egoistyczne potrzeby, bo będziemy my i mniej egoistyczne wspólne życie. Przyzwyczaiłam się do swojej samotności i naprawdę nie było mi z nią źle.
Wszystko na szczęście było bardzo naturalne, najbardziej na świecie swobodnie czułam się właśnie przy nim.
Przestraszył się chyba tyko zastraszających ilości alkoholu w moim domu. No i butelek po winie stojących pod kanapą, na której zresztą najczęściej spałam, bo po winie i malowaniu zdecydowanie nie byłam w stanie dojść do sypialni, może gdybym się czołgała... Nie piłam przecież dużo, tylko to tak wyglądało.
Zaczęło wyglądać za bardzo, a kiedy kiedyś po jakimś obrazie (chyba tym jego portrecie...) pochorowałam się za bardzo, nie chciałam na niego patrzeć i najbardziej na świecie chciałam, żeby zostawił mnie w spokoju on się mną zajął i wtedy pierwszy raz powiedział mi że mnie kocha. Musiałam mieć przerażającą minę, bo zapytał czy źle zrobił, ze mi to powiedział. Teraz mi powtarza, ze bał się kiedy wstałam z kanapy i poszłam do barku, wyciągnęłam z niego trzy butelki wina, jedną butelkę wódki i johnny walkera. Ale ja tylko wszystko wylałam do wanny, żeby nigdy więcej nie wyciągnąć z byle powodu tego draństwa.
Gdyby nie on dawno wylądowałabym na odwyku, a może nawet by mnie już nie było. Uratował mnie i za to kocham go jeszcze bardziej.
teraz jestem w ciąży, a obrazy maluję bez alkoholu, nawet lepiej się sprzedają, spodziewałby się kto!
16 października 2009
Jaka pogoda jest wszyscy widzą, jednak jej pojmowanie jest co najmniej względne. Prosty przykład, dla potwierdzenia mojej tezy, we wsi 25 km od miasta (rzecz dzieje się w Karpatach) śniegu po pas niemalże, podczas, gdy w mieście położonym 25 km od tejże wsi poza straszliwym zimnem, jak na październik, nie widać prawie oznak, jakoby w niedalekiej przeszłości spadł jakikolwiek śnieg. Wszystko jest zielone - nawet jeszcze nie żółte, nie czerwone, nie jesienne - zielone.
Siedząc tak w kawiarni, popijając herbatę malinową (wcale nie tak dobrą jak się spodziewałam) i zastanawiając się jak kretyńsko w tej zieleninie miasta muszę wyglądać w kozakach i zimowym płaszczu (na szczęście kozaki miały obcas, a płaszcz nie miał futerka, więc jakoś to wszystko wyglądało), przez przypadek podsłuchałam rozmowę trójki ludzi. Nie mam w nawyku podsłuchiwania innych, ani nawet nie chciałam tego słyszeć, po prostu kawiarnia była pusta, było całkiem cicho, a ja siedziałam sama z tą nieszczęsną herbatą i popielniczką.
Chłopak opowiadał o tym, jak Ewelina, Grażyna, czy Basia (nie mam pamięci do imion) zwodziła go, podrywała, zaczepiała, zapraszała przez jakiś czas, a kiedy chłopak potraktował komplementy, zaproszenia i wszystkie czułe słówka poważnie dziewczę bez pardonu olało go z góry do dołu, zignorowało, przestało się interesować, tak jak się interesowało, ba! Nie odzywało się, nie odpowiadało, nie rozmawiało i było obrażone.
Słuchając tak monologu tego nieznanego mi młodego mężczyzny niespodziewanie dla samej siebie, doszłam do wniosku, że mężczyźni jednak mają uczucia i czasem cierpią przez kobiety.
Siedząc tak w kawiarni, popijając herbatę malinową (wcale nie tak dobrą jak się spodziewałam) i zastanawiając się jak kretyńsko w tej zieleninie miasta muszę wyglądać w kozakach i zimowym płaszczu (na szczęście kozaki miały obcas, a płaszcz nie miał futerka, więc jakoś to wszystko wyglądało), przez przypadek podsłuchałam rozmowę trójki ludzi. Nie mam w nawyku podsłuchiwania innych, ani nawet nie chciałam tego słyszeć, po prostu kawiarnia była pusta, było całkiem cicho, a ja siedziałam sama z tą nieszczęsną herbatą i popielniczką.
Chłopak opowiadał o tym, jak Ewelina, Grażyna, czy Basia (nie mam pamięci do imion) zwodziła go, podrywała, zaczepiała, zapraszała przez jakiś czas, a kiedy chłopak potraktował komplementy, zaproszenia i wszystkie czułe słówka poważnie dziewczę bez pardonu olało go z góry do dołu, zignorowało, przestało się interesować, tak jak się interesowało, ba! Nie odzywało się, nie odpowiadało, nie rozmawiało i było obrażone.
Słuchając tak monologu tego nieznanego mi młodego mężczyzny niespodziewanie dla samej siebie, doszłam do wniosku, że mężczyźni jednak mają uczucia i czasem cierpią przez kobiety.
Subskrybuj:
Posty (Atom)