Stary, siwy mężczyzna szedł wolno torami kolejowymi w stronę zachodzącego słońca. Na ramieniu przewieszony miał akordeon guzikowy, a na nosie stare okulary w plastikowych oprawkach. Mrużył oczy, słońce mocno świeciło wprost w jego oczy. Widać było dokładnie ogoloną twarz, przepięknie zmarszczoną i doświadczoną. Zachód był piękny. Różowe i błękitne chmury otaczały słońce, które spektakularnie żegnało się z ludźmi na kilkanaście godzin. Szedł przed siebie po belkach, co sprawiało mu widoczny problem. Miał na sobie stare, sztruksowe spodnie, żółtą koszulę i kamizelkę, która świeciła się w kolorach tęczy w słońcu.
Szedł przed siebie pewnie, choć ostrożnie. Co chwilę przystawał, jakby się zastanawiał czy to już, ale znowu ruszał poprawiając przedtem akordeon na ramieniu.
Sprawdził godzinę. Słońce oślepiło go i musiał odwrócić się na wschód. Już czas. Przystanął, obrócił akordeon i umieścił go na swojej piersi. Zwracając się w stronę słońca zagrał "Będziesz moją panią" Grechuty. Kiedy nabrał pewności co do dźwięków wychodzących z instrumentu zaczął powoli iść w stronę słońca. Nie gubił nut, był bardzo skupiony na muzyce, ale nie na tyle, żeby nie usłyszeć nadjeżdżającego pociągu. Spojrzał ostatni raz na słońce, które chowało się za horyzont i zamknął oczy.
W jednej chwili piękne dźwięki akordeonu zmieniły się w przerażający świst hamującego pociągu. Za późno.
Słońce zaszło.
22 września 2010
20 września 2010
Deszcz spływał po oknach i stukał w parapety. Cały dzień był pochmurny, ale dopiero kiedy zbierało się na noc, a słońce zaczęło pakować dzień do kuferka i przepięknie znikało za horyzontem niczym za wielką kurtyną kończąc przedstawienie zaczęło padać.
Nikt jednak nie oklaskiwał tego dnia. Zdecydowanie nie oklaskiwała go Nina.
Dzień jak co dzień, ponury, smutny, przepełniony pracą i brakiem czasu na rozrywki. Litry kawy wypite w biurze sprawiały, że trzęsły się jej ręce. Uspokajała się jednak. Co jak co, ale jedno wiedziała na pewno. Kiedy zamknie drzwi mieszkania na cztery spusty i kiedy usłyszy zza ściany dźwięk głośno puszczanej Panoramy w telewizorze może być pewna, że za chwilę, kiedy przygłuchy sąsiad przestanie oglądać nocne wiadomości, nie będzie przeszkadzało jej nic w delektowaniu się swoją samotnością. Musiała w końcu nauczyć się nią zachwycać, bo ciągłe na nią narzekanie nie zmieniało sytuacji. Nina więc co wieczór, po nocnej Panoramie układała się wygodnie pod oknem siadając na wielkiej poduszce, na kolana brała swojego kota, gdzie ten zasypiał spokojnie, do jednej ręki wkładała szklankę wódki, a do drugiej papierosa. Nic nie mogło zakłócić jej poczucia bezpieczeństwa w tej pozycji. Zupełnie nic. Strzały na ulicy? co tam, ważne, że nie u mnie. Łomot do drzwi - w końcu przestaną. Telefon od znajomego- gdzie tam, dawno wyłączony. Nic, zupełnie nic nigdy nie przeszkadzało Ninie w jej codziennych dawkach samotności.
Samotności, która doprowadzała ją każdej nocy do płaczu i mdłości.
Nikt jednak nie oklaskiwał tego dnia. Zdecydowanie nie oklaskiwała go Nina.
Dzień jak co dzień, ponury, smutny, przepełniony pracą i brakiem czasu na rozrywki. Litry kawy wypite w biurze sprawiały, że trzęsły się jej ręce. Uspokajała się jednak. Co jak co, ale jedno wiedziała na pewno. Kiedy zamknie drzwi mieszkania na cztery spusty i kiedy usłyszy zza ściany dźwięk głośno puszczanej Panoramy w telewizorze może być pewna, że za chwilę, kiedy przygłuchy sąsiad przestanie oglądać nocne wiadomości, nie będzie przeszkadzało jej nic w delektowaniu się swoją samotnością. Musiała w końcu nauczyć się nią zachwycać, bo ciągłe na nią narzekanie nie zmieniało sytuacji. Nina więc co wieczór, po nocnej Panoramie układała się wygodnie pod oknem siadając na wielkiej poduszce, na kolana brała swojego kota, gdzie ten zasypiał spokojnie, do jednej ręki wkładała szklankę wódki, a do drugiej papierosa. Nic nie mogło zakłócić jej poczucia bezpieczeństwa w tej pozycji. Zupełnie nic. Strzały na ulicy? co tam, ważne, że nie u mnie. Łomot do drzwi - w końcu przestaną. Telefon od znajomego- gdzie tam, dawno wyłączony. Nic, zupełnie nic nigdy nie przeszkadzało Ninie w jej codziennych dawkach samotności.
Samotności, która doprowadzała ją każdej nocy do płaczu i mdłości.
19 września 2010
Kiedy w środku nocy cichcem uciekałam z kawalerki jakiegoś nieznanego mi zupełnie Mirka i łapałam taksówkę przypomniałam sobie, że nie założyłam stanika. No szlag by to trafił. Mój najlepszy, randkowy poszukiwacz miłości. Żaden się mu jeszcze nie oparł. Może lepiej, niech tam leży. Niech leży i mu przypomina o mnie od czasu do czasu.
Zapaliłam papierosa. Na ulicach było pusto, co mnie nie dziwiło, bo kto o trzeciej nad ranem wałęsał by się po ulicach i chodnikach kompletnie oblodzonych. Wszędzie leżał śnieg, który odbijał światło lamp ulicznych. Było nieziemsko ślisko, a taksówka poruszała się żółwim tempem w stronę mojego mieszkania w kamienicy przy ulicy Chłodnej 6. Przynajmniej było ciepło.
Nie potrafię spać po stosunku z przypadkowym mężczyzną. Właściwie nie jestem pewna, czy kiedykolwiek przy kimś zasnęłam... Siedziałam w pustym, ciemnym mieszkaniu i paliłam papierosy. Papieros za papierosem przy smutnych kawałkach jazzowych. Wszędzie było cicho. Psy nie szczekały, nie było słychać samochodów ani żadnych innych odgłosów ulicy. Wino nie pomagało w przełknięciu kolejnej porażki. Zazwyczaj pomagało, dzisiaj straciłam już wszelką nadzieję na odrobinę miłości. Chociaż motylki w brzuchu. Proszę, dajcie mi motylki w brzuchu, miłość od pierwszego wejrzenia, najwspanialsze z uczuć, kiedy przed każdym spotkaniem trzęsą się ręce i serce staje! Dajcie mi odrobinę zachwytu rozmową, niech nie potrafię jeść długimi dniami, nich nie śpię z myślą o ukochanym, niech życie moje kręci się dookoła jednego człowieka, którego pokocham na zabój, na zawsze, najmocniej, który będzie dla mnie światem. Dajcie mi miłość, która doprowadzi mnie do szaleństwa, będzie mnie mobilizować, zachwycać, podniecać i spalać żywym ogniem. Niech cierpię i kocham, niech kocham cierpiąc. Niech umieram z myślą, że to życie moje miało jednak jakiś sens.
Zamiast tego wszystkiego, o czym marzę, dostaję codziennie innego, spoconego mężczyznę, którego najromantyczniejsze słowa brzmią: mała, byłaś zajebista.
Zapaliłam papierosa. Na ulicach było pusto, co mnie nie dziwiło, bo kto o trzeciej nad ranem wałęsał by się po ulicach i chodnikach kompletnie oblodzonych. Wszędzie leżał śnieg, który odbijał światło lamp ulicznych. Było nieziemsko ślisko, a taksówka poruszała się żółwim tempem w stronę mojego mieszkania w kamienicy przy ulicy Chłodnej 6. Przynajmniej było ciepło.
Nie potrafię spać po stosunku z przypadkowym mężczyzną. Właściwie nie jestem pewna, czy kiedykolwiek przy kimś zasnęłam... Siedziałam w pustym, ciemnym mieszkaniu i paliłam papierosy. Papieros za papierosem przy smutnych kawałkach jazzowych. Wszędzie było cicho. Psy nie szczekały, nie było słychać samochodów ani żadnych innych odgłosów ulicy. Wino nie pomagało w przełknięciu kolejnej porażki. Zazwyczaj pomagało, dzisiaj straciłam już wszelką nadzieję na odrobinę miłości. Chociaż motylki w brzuchu. Proszę, dajcie mi motylki w brzuchu, miłość od pierwszego wejrzenia, najwspanialsze z uczuć, kiedy przed każdym spotkaniem trzęsą się ręce i serce staje! Dajcie mi odrobinę zachwytu rozmową, niech nie potrafię jeść długimi dniami, nich nie śpię z myślą o ukochanym, niech życie moje kręci się dookoła jednego człowieka, którego pokocham na zabój, na zawsze, najmocniej, który będzie dla mnie światem. Dajcie mi miłość, która doprowadzi mnie do szaleństwa, będzie mnie mobilizować, zachwycać, podniecać i spalać żywym ogniem. Niech cierpię i kocham, niech kocham cierpiąc. Niech umieram z myślą, że to życie moje miało jednak jakiś sens.
Zamiast tego wszystkiego, o czym marzę, dostaję codziennie innego, spoconego mężczyznę, którego najromantyczniejsze słowa brzmią: mała, byłaś zajebista.
Subskrybuj:
Posty (Atom)